
chirurg plastyczny • kawaler • 32 lata • lekarz z ekipy
To ten uroczy dzieciak. Tak o nim mówiono.
Przez pierwsze lata dzieciństwa nawet próbował uporać się z tą dziwnie brzmiącą łatką, potem sam sobie odpuścił. Wielu zrobiło to już przed nim. Pierwsza do wybaczania stała Megan – matka. Wystarczało, że palnął jakieś głupstwo, a ona... odpuszczała mu, tak po prostu. Zrobiła to, gdy spalił backyard u sąsiada („Bo trawa była za sucha”), ściął włosy koleżance z ławki („Myślałem, że się jej spodoba!”). Nawet wtedy, kiedy z nieuwagi, pijany w trzy dupy, przypieprzył kabrioletem w ścianę („Nie martw się, Meggy, to Bal Absolwentów. Ktoś musiał”).
W dalszej perspektywie czasu wykorzystał życiową przewagę. Zaczął obracać się wyłącznie tym, co dobre. Poczynając od przedmiotów. Dostatecznie śliczne, dostatecznie drogie – ostatecznie jego. Z dziewczynami nie mogło być inaczej. Jako syn bogatych rodziców, z nieprzeciętnie atrakcyjną buźką, było mu nad wyraz łatwo. Do czasu. Ciągłe podróże w obce kraje i praca chirurga plastycznego go zmieniła. Gdy dotarł do pułapu przystojnego doktora, był już tak znudzony perspektywą swawolnego życia, że nagle to, co inni uznawali za piękno i wygodę, on przewartościował na próżność i głupotę. To wtedy pierwszy raz coś sprzedał. Apartament w centrum, porsche na parkingu, domek letniskowy w Kanadzie, z którego nigdy nie skorzystał. Siebie tak do końca zmienić nie potrafił.
Wciąż jest nieodpowiedzialny i wciąż lata z gołą klatą, gdy może. Wciąż lubi pięknych ludzi. Sam mówi, że z nawyku, inni że to nic innego, jak przymus zawodu. Teraz jednak jest inaczej. Nie ma krzty snobizmu w tym, jak żyje. Mieszka skromnie w namiocie na wyspie, jada tylko z puszki, wieczorami gra w konsolę z kumplem (rzecz jasna u niego), a gdy spytasz go, dlaczego nie kupi sobie wyjścia z tego wariatkowa, odpowie tobie krótko: Żartujesz? Właśnie to zrobiłem.
Na planie programu dzień w końcu nabiera zdrowych emocji.
Przez pierwsze lata dzieciństwa nawet próbował uporać się z tą dziwnie brzmiącą łatką, potem sam sobie odpuścił. Wielu zrobiło to już przed nim. Pierwsza do wybaczania stała Megan – matka. Wystarczało, że palnął jakieś głupstwo, a ona... odpuszczała mu, tak po prostu. Zrobiła to, gdy spalił backyard u sąsiada („Bo trawa była za sucha”), ściął włosy koleżance z ławki („Myślałem, że się jej spodoba!”). Nawet wtedy, kiedy z nieuwagi, pijany w trzy dupy, przypieprzył kabrioletem w ścianę („Nie martw się, Meggy, to Bal Absolwentów. Ktoś musiał”).
W dalszej perspektywie czasu wykorzystał życiową przewagę. Zaczął obracać się wyłącznie tym, co dobre. Poczynając od przedmiotów. Dostatecznie śliczne, dostatecznie drogie – ostatecznie jego. Z dziewczynami nie mogło być inaczej. Jako syn bogatych rodziców, z nieprzeciętnie atrakcyjną buźką, było mu nad wyraz łatwo. Do czasu. Ciągłe podróże w obce kraje i praca chirurga plastycznego go zmieniła. Gdy dotarł do pułapu przystojnego doktora, był już tak znudzony perspektywą swawolnego życia, że nagle to, co inni uznawali za piękno i wygodę, on przewartościował na próżność i głupotę. To wtedy pierwszy raz coś sprzedał. Apartament w centrum, porsche na parkingu, domek letniskowy w Kanadzie, z którego nigdy nie skorzystał. Siebie tak do końca zmienić nie potrafił.
Wciąż jest nieodpowiedzialny i wciąż lata z gołą klatą, gdy może. Wciąż lubi pięknych ludzi. Sam mówi, że z nawyku, inni że to nic innego, jak przymus zawodu. Teraz jednak jest inaczej. Nie ma krzty snobizmu w tym, jak żyje. Mieszka skromnie w namiocie na wyspie, jada tylko z puszki, wieczorami gra w konsolę z kumplem (rzecz jasna u niego), a gdy spytasz go, dlaczego nie kupi sobie wyjścia z tego wariatkowa, odpowie tobie krótko: Żartujesz? Właśnie to zrobiłem.
Na planie programu dzień w końcu nabiera zdrowych emocji.
Zwierzenia